Piazza B. Cairoli 117, 00186 ROMA, Włochy +39/06 688 037 50 [email protected]

Śmierć po ludzku jest czymś nieodwracalnym. Bezpowrotnie zamyka się historia człowieka, przechodzi on do przeszłości zostawiając wspomnienia oraz ból, żałobę tych którzy jeszcze żyją i byli z nim związani. Kiedy dochodzi do spotkania z tajemnicą śmierci, ziemski wymiar naszego życia traci na znaczeniu. Tak naprawdę nie jest ważne jaki zostawiamy dorobek materialny, intelektualny, czy nam będą stawiać pomniki czy nie.

Problemem jest, że nie wybieramy godziny śmierci, jeśli nie liczyć tragicznych i smutnych samobójstw, tak jak nie mamy wyboru daty naszych narodzin i kto ma być naszymi rodzicami. Św. Augustyn powie, że Pan Bóg zataił przed nami godzinę śmierci, abyśmy każdego dnia jej się spodziewali.

„Święty Jan Paweł II pisze w „Tryptyku rzymskim”: I tak przechodzą pokolenia. Nadzy przychodzą na świat i nadzy wracają do ziemi, z której zostali wzięci”.Zatrzymaj się, to przemijanie ma sens, ma sens… Blase Pascal powie „My nie istniejemy (w domyśle – tu na ziemi), mamy dopiero nadzieję istnienia (w domyśle w domu Ojca).

Tajemnica przechodzenia. Ono ma sens, bo nam o nim mówi Pan Jezus. Mówi wiele razy w Ewangelii. W przypowieści słyszanej przed chwilą zachęca do codziennego czuwania na spotkanie z Nim, bo przejście w momencie śmierci staje się radosne, gdy poprzedzają je spotkania codzienne wiernego sługi stale czuwającego do dyspozycji Pana. Wtedy Pan stanie do usług swemu słudze. Wzruszający obraz. Tak jak wzruszająca jest Apokalipsa, gdy mówi „On otrze z ich oczu każdą łzę i nie będzie już śmierci ani bólu, ani krzyku, ani cierpienia, bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Ap 21,3-4).

Słyszymy też w tej przypowieści, że Pan przychodzi jak złodziej (wydaje się dziwne to porównanie) o godzinie, której nie znamy. To nie jest straszenie przed niespodziewaną śmiercią. Najczęściej śmierć ma swoje zwiastuny. To przestroga, by nie stracić wielu okazji spotkania z Panem tu na ziemi, gdy zaprasza do swego Królestwa. On nie przychodzi, by kraść jak złodziej, ale by zbawiać.

Żegnamy O. Ryszarda nie w klimacie żałoby. Nie tylko dlatego, że w zakonie inne są relacje osobowe niż w rodzinie czy małżeństwie, mniej uczuciowe, a bardziej oparte na świadomości wspólnego powołanie i dzieła, któremu się służy. Żegnamy go pocieszeni i mając zapewnienie Pana, że przytula Ryszarda do swego serca.

Il percorso di ognuno di noi verso il Signore è unico. Anche il percorso di padre Ryszard verso di Lui era unico. Quasi miracolosamente salvato ancora nel grembo materno durante la deportazione della famiglia in Siberia (dai sovietici), quando alla madre incinta fu permesso di uscire dal trasporto nel 1939, sebbene suo padre fosse detenuto nel trasporto e trovò la famiglia solo dopo la guerra, quasi 9 anni dopo. Riccardo è cresciuto nella Polonia orientale, dove non c’erano gesuiti. In qualche modo il Signore lo condusse da loro. Nell’ordine, come ogni gesuita formato all’obbedienza e disponibilità al comando dei superiori, andò a Roma dopo ordinazione sacerdotale, quasi 50 anni fa, e qui, stranamente, rimase fino alla sua morte, di cui 46 anni, presso il Pontificio Istituto di Studi ecclesiali, un’opera pionieristica nella Chiesa polacca, che raccoglie documenti dagli archivi vaticani relativi alla storia della Chiesa in Polonia. 46 anni in un posto, per un gesuita, è una cosa unica e inaudita, perché come afferma la Formula dell’Ordine, che la vocazione di un gesuita è spostarsi da un posto all’altro del mondo per servire dove la gloria di Dio è maggiore. Ma a quanto pare Dio l’ha gestita in modo che le abitudini siano meno importanti quando vuole qualcosa di diverso. Riccardo era tuttofare all’Istituto: elettricista, carpentiere, idraulico, informatico, a volte superiore. Aveva un talento per il lavoro manuale. Ha risparmiato un sacco di soldi all’Istituto. Aiutava a volte in cose materiali i confratelli polacchi studenti a Roma. Viveva nell’ombra, evitando discretamente applausi e pubblicità. Non aveva esigenze personali. Ha condotto una vita molto modesta. Quando si è manifestata la malattia, sperava di poter guarire, ma quando si rivelato troppo tardi, ha accettato di morire. Ed ecco il miracolo della trasfigurazione di Dio. Lui, che è stato in grado di difendere con forza la sua posizione, affermare le sue argomentazioni, nella malattia è diventato come un agnello, umile, senza richiedere cure particolari. Non ha chiesto nulla alle infermiere o ai medici, non si è lamentato, anche se ha sofferto, come se non volesse disturbare gli altri. Tranquillo, fisicamente e mentalmente accovacciato. Era grato per ogni gesto di aiuto o interesarsi. Ringraziava con le parole e poi solo con i suoi occhi. Talvolta gli scappava qualche osservazione spiritosa..

Ora preghiamo per lui che Dio lo accetti il prima possibile, che non debba maturare troppo a lungo per arrivare alla santità di Dio.

Grazie, Riccardo, per quello che hai fatto nella tua vita e per quegli anni vissuti insieme.

Amen

Droga każdego z nas do Pana jest niepowtarzalna. Niepowtarzalna też była droga o. Ryszarda do Niego. Prawie cudownie uratowany jeszcze w łonie matczynym podczas deportacji rodziny na Sybir (ze strony Rosjan), gdy pozwolono wysiąść brzemiennej matce z transportu w 1939 roku, choć ojca zatrzymano w transporcie i odnalazł rodzinę dopiero po wojnie, prawie 9 lat później. Rósł i wychowywał się we wschodniej Polsce, gdzie nie było jezuitów. Jakoś Pan zaprowadził go do nich. W zakonie, jak każdy jezuita wychowywany do posłuszeństwa i dyspozycyjności na polecenie przełożonych wyjechał po święceniach kapłańskich na dalsze studia do Rzymu, prawie 50 lat temu i tu o dziwo pozostał do śmierci, najdłużej, bo 46 lat w Papieskim Instytucie Studiów Kościelnych, pionierskim dziele w Kościele polskim, gromadzącym dokumenty z archiwów watykańskich odnoszących się do historii Kościoła w Polsce. 46 lat w jednym miejscu, jak na jezuitę to rzecz wyjątkowa, niespotykana, bo jak stanowi Formuła zakonu, rzeczą jezuity jest z miejsca na miejsce się przenosić i służyć tam, gdzie jest większa chwała Boża. Ale widocznie Pan Bóg tak tym kierował, że i zwyczaje mają mniejsze znaczenie, gdy On chce czegoś innego. Był w Instytucie „złotą rączką”: elektrykiem, stolarzem, hydraulikiem, informatykiem, czasami przełożonym. Miał talent do prac manualnych. Oszczędzał wiele pieniędzy dla Instytutu. Pomagał w tym czasami i polskim współbraciom studiującym w Rzymie. Żył w cieniu, dyskretnie unikając poklasku i rozgłosu. Nie miał osobistych wymagań. Prowadził życie bardzo skromne. Gdy objawiła się choroba miał nadzieję na wyzdrowienie, ale gdy okazało się to za późno zgodził się na umieranie. I tu okazał się cud Bożego przemienienia. On, który potrafił zdecydowanie bronić swoich pozycji, dochodzić swoich racji – w chorobie stał się jak jagnię, pokorny, nie wymagający specjalnej troski. Nie prosił o nic pielęgniarzy czy lekarzy, nie narzekał, choć cierpiał, tak jakby nie chciał zawadzać innym. Cichy, skulony fizycznie i psychicznie. Był wdzięczny za każdy gest pomocy czy zainteresowania. Dziękował słowami, a potem już tylko wzrokiem. Potrafił być też dowcipny.

Teraz modlimy się za niego, aby Pan Bóg jak najszybciej przyjął go do swojej chwały, by za długo nie musiał dojrzewać do Bożej świętości.

Dzięki Rysiu za to co zrobiłeś w życiu i za te lata przeżyte razem.

o. Lech Rynkiewicz SJ

Kaplica Kurii Generalnej Jezuitów, Rzym, 27.06.2020

Skip to content